puchu
24.04.2013
14.04.2013
pukas
A. nie zabrała ze sobą Pukasa do nowego mieszkania. Jest to jeden ze znaków apokalipsy. I to w zasadzie tyle, ile trzeba wiedzieć na wstępie.
________________________________________________________________________________
Pukas! Puki, Pukasku! Jak mogłam o tobie zapomnieć?!
Nie mam pojęcia, skąd się wziął. Może był od zawsze. Tylko że kiedyś był piękny, puchaty; teraz jest połową siebie.
Ja go w ogóle zabierałam wszędzie, pojechał ze mną na stałe do Poznania. I nawet jak spałam z facetem, Pukas spał z nami, gdzieś tam pod poduszką. Oni go szczerze nienawidzili. Trudno się zresztą dziwić.
I tylko jest coś dziwnego w Pukasie - jak to się właściwie działo, że choć co wieczór kładłam go obok i leżał grzecznie, to potem zawsze lądował gdzieś na podłodze. I trzeba go było nawoływać nad ranem. Puki, Pukasku.
Był obowiązkową częścią bagażu. Dopiero jak się przeprowadziłam do Warszawy, to się zmieniło. I teraz, choć nie mieści mi się to w głowie, najwyraźniej o nim zapomniałam.
04.04.2013
26.03.2013
panika punk
Nie masz prawa panikować w tej fryzurze, mówisz, i ja ci przez chwilę nawet wierzę. Widzę wtedy srebrne igły, którymi wpisujesz mi kosmos płytko pod skórę - nie wiedzieć czemu, ten obraz pachnie olejną farbą.
tu jest bardzo bezpiecznie, bardzo bezpiecznie, zliczam jeszcze raz kąty i ściany, ewidencjonuję książki w równych rzędach, zakładam im karty biblioteczne z nadzieją, że nikt nie przyjdzie ich wypożyczyć. wszystkie zabawki usadzam rzędem pod ścianą i przykrywam brzegiem kołdry, głównie to misie, ale jest też plastikowa lalka, myślę trochę o tym, że będzie mnie może bodła tą plastikową nogą w trakcie i tak niespokojnego snu, bo wyraz twarzy ma naprawdę wredny, ale to nie jej wina, myślę, nie jej wina.
grunt to wyobrazić sobie, co najgorszego może mnie spotkać. głód. zimno. bezdomność. czwarta rano, ptaki budzą się i mnie w Skaryszaku. scary, scary, scary-szak. staw podchodzi pod stopy, kolana, gardło. wyobrazić sobie ten smak. czy to mogłoby być najgorsze.
a może zupełnie nie chodzi o ssanie w żołądku, o świąd, o fioletowe stopy, przerośnięte paznokcie, skołtunione włosy. może to o straconych szansach, o karcących spojrzeniach jest ten lęk.
w lata tłuste podział jest jasny: albo śpię, albo funkcjonuję, choćby nie wiem, jak bardzo sen zawstydzał rzeczywistość, granica jest wyraźna, przebiega około ósmej rano, drzwi zatrzaskują się, amen.
w lata chude - nieważne czy koszmary, czy ogólna chujowość - na granicy wymywa się niewielka jaskinia, w której się leży w pełni władz umysłowych, bez możliwości poruszenia choćby powieką. Pod dłonie przychodzą wtedy najpiękniejsze zwierzęta, najsłodsze głosy wołają: odwróć głowę, ale ani głowa, ani dłoń nie są posłuszne ja.
i duszność.
w takich momentach trzeba pełnym wysiłkiem woli opanować panikę i wbrew intuicji pozwolić sobie opaść o jeden poziom głębiej. zanurzyć się piętro niżej.
i niech się przyśnią wieczne śniegi, zimno aż do kości, bieda i głód szalonego parasolnika, który nie chciał zostać konstruktorem balonów.
a potem czekać. czekać na lepsze.
tu jest bardzo bezpiecznie, bardzo bezpiecznie, zliczam jeszcze raz kąty i ściany, ewidencjonuję książki w równych rzędach, zakładam im karty biblioteczne z nadzieją, że nikt nie przyjdzie ich wypożyczyć. wszystkie zabawki usadzam rzędem pod ścianą i przykrywam brzegiem kołdry, głównie to misie, ale jest też plastikowa lalka, myślę trochę o tym, że będzie mnie może bodła tą plastikową nogą w trakcie i tak niespokojnego snu, bo wyraz twarzy ma naprawdę wredny, ale to nie jej wina, myślę, nie jej wina.
grunt to wyobrazić sobie, co najgorszego może mnie spotkać. głód. zimno. bezdomność. czwarta rano, ptaki budzą się i mnie w Skaryszaku. scary, scary, scary-szak. staw podchodzi pod stopy, kolana, gardło. wyobrazić sobie ten smak. czy to mogłoby być najgorsze.
a może zupełnie nie chodzi o ssanie w żołądku, o świąd, o fioletowe stopy, przerośnięte paznokcie, skołtunione włosy. może to o straconych szansach, o karcących spojrzeniach jest ten lęk.
w lata tłuste podział jest jasny: albo śpię, albo funkcjonuję, choćby nie wiem, jak bardzo sen zawstydzał rzeczywistość, granica jest wyraźna, przebiega około ósmej rano, drzwi zatrzaskują się, amen.
w lata chude - nieważne czy koszmary, czy ogólna chujowość - na granicy wymywa się niewielka jaskinia, w której się leży w pełni władz umysłowych, bez możliwości poruszenia choćby powieką. Pod dłonie przychodzą wtedy najpiękniejsze zwierzęta, najsłodsze głosy wołają: odwróć głowę, ale ani głowa, ani dłoń nie są posłuszne ja.
i duszność.
w takich momentach trzeba pełnym wysiłkiem woli opanować panikę i wbrew intuicji pozwolić sobie opaść o jeden poziom głębiej. zanurzyć się piętro niżej.
i niech się przyśnią wieczne śniegi, zimno aż do kości, bieda i głód szalonego parasolnika, który nie chciał zostać konstruktorem balonów.
a potem czekać. czekać na lepsze.
22.03.2013
kosmos
codzienna katastrofa, zatoka meksykańska zalana ropą. lista metod zarządzania kryzysowego, które zawiodły, ściga się z listą metod, o których nie śniło się filozofom. więc może wibracja.
jak kazał B., wpycham kulkę dźwięku najpierw w podniebienie, potem przesuwam ją przez zęby aż do nosa i w bok. w przerwie na zaczerpnięcie powietrza gitara przejmuje dźwięk. rezonują szyby w regale z książkami. tylko szafa głucha. czas nakręcić zegar.

13.03.2013
25.02.2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)













